Komentarz do sytuacji na Białorusi

W niedzielę zakończyły się wybory prezydenckie na  Białorusi.
W normalnych okolicznościach, nie zajmowalibyśmy się tym tematem, bo wiadomo – wybory w tym kraju są równie nieprzewidywalne i emocjonujące, jak w Rosji.
Jednak tym razem coś pękło. Łukaszenka – mimo tego że oficjalne exitpolle wskazują na jego wygraną – miał w rzeczywistości ponieść sromotną porażkę.
W dodatku, nie z jakimś wytrawnym graczem czy tuzem białoruskiej opozycji, lecz z żoną głównego rywala (ten został aresztowany)!

Aleksandr Łukaszenka jest – co sam lubi podkreślać – ostatnim dyktatorem w Europie, dzierżącym ster białoruskiego państwa już od ponad 26 lat.
Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów, Białorusini zaczęli wychodzić na ulice.
Władze spodziewały się, że dojdzie do protestów, o czym świadczy fakt, że zawczasu ściągnięto jednostki milicji specjalnego przeznaczenia (AMAP) do większych miast Białorusi.
Mińsk, Grodno czy Brześć zostały całkowicie zablokowane. Protesty przybrały większą skalę, niżby się można było spodziewać. Już trzecią noc z rzędu Białorusini ścierają się ze służbami porządkowymi.
Szacuje się, że jak dotąd dokonano zatrzymań około trzech tysięcy osób. Niestety zginęła jedna osoba, a setki osób są ranne
Sama rywalka Łukaszenki, od czasu ogłoszenia wyników exitpoll, ukrywała się, nie dając znaku, co się z nią dzieje. Później wydała jedynie krótkie oświadczenia, w których wezwała do ogłoszenia prawdziwych wyników.
Niedługo po tym, pod wpływem sugestywnych prób nacisku ze strony białoruskich władz, jakoby nieopuszczenie przez nią kraju mogłoby zagrozić jej dzieciom, Ciechanouska udała się na  Litwę.
W obliczu tych ludzkich dramatów, walki narodu białoruskiego o demokrację, należy rozważyć polską rację stanu oraz nasze bezpieczeństwo narodowe. Kluczowym jest pytanie, jak w obliczu obecnych wydarzeń na Białorusi powinna zachować się  Polska
Tu dochodzi do rozdźwięku między autorami postu.
Gracjan A. Majewski

, student Wydziału Prawa i Administracji UŁ:

 „Polska jest odpowiedzialna za swoich najbliższych sąsiadów” – takie słowa padły wczoraj w komunikacie zamieszczonym na stronie KPRM. Jeżeli Polska ma aspiracje do bycia mocarstwem regionalnym, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.
W poniedziałek Premier Mateusz Morawiecki z samego rana zwrócił się z formalną prośbą o zwołanie nadzwyczajnego szczytu Unii Europejskiej, by wspólnie omówić sytuację na Białorusi.
Inicjatywa szczególnie warta uwagi i trafiona politycznie, że ważą się teraz kwestie bezpieczeństwa nie tylko Polski, ale i krajów nadbałtyckich, będących członkiem UE.
Wychodzę z założenia, że polityka zagraniczna to nie gra uczuć, sympatii czy moralności, lecz twarda gra o rację stanu.
Rosja od dawna ma „chrapę” na Białoruś. Putin zaczął ostatnio intensyfikować swoje próby nacisków na Łukaszenkę w celu realizacji umowy sprzed lat o utworzeniu Państwa Związkowego Rosji i Białorusi (2000 r.).
Zawyżanie cen ropy, problemy z jej dostawą i tym podobne – to stały repertuar Putina. Łukaszenka stara się stawiać czoła tym wyzwaniom, jak tylko może. Choćby w tym roku gruchnęła wieść, że Białoruś chce rewersem z Gdańska zaopatrywać się nie w rosyjską, lecz saudyjską ropę. Pstryczek dla Putina.
Co by nie mówić o ostatnim dyktatorze Europy, to potrafi on skutecznie zwodzić Putina, czego efektem jest dość niezależna względem Rosji Białoruś – jedyny bufor między Polską a Rosją.
Zmiana na fotelu Prezydenta Białorusi, w szczególności teraz, kiedy Federacja Rosyjska intensyfikuje swoje zakusy, a alternatywą dla Łukaszenki jest człowiek z zerowym doświadczeniem politycznym, może być dla Polski niebezpieczna.
Bardzo współczuję Białorusinom sfałszowania wyborów i autorytarnego reżimu. Należy jednak pamiętać, że dalsze rządy Łukaszenki oddalają rosyjskie wojska od polskiej granicy – tu właśnie leży polska racja stanu.
Niektórzy mogą się z tym nie zgodzić, ale wierzę w te słowa Łukaszenki:
„Pamiętajcie, nie jestem młokosem, który zajmuje urząd prezydenta od trzech czy pięciu lat. Nie przekreślę wszystkiego, na co wspólnie pracowaliśmy, i nie złożę naszego kraju do trumny”.
 Natalia Matiaszczyk, studentka Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ:
 „Polska jest odpowiedzialna za swoich najbliższych sąsiadów” – takie słowa padły wczoraj w komunikacie zamieszczonym na stronie KPRM. Nie ulega wątpliwości, że w kwestii obecnych wydarzeń na Białorusi Polska nie może milczeć.
Trzeba przyznać, że polska dyplomacja zareagowała bardzo szybko. Mówię tu o wspólnym oświadczeniu Prezydentów Polski i Litwy, wspólnym oświadczeniu ministrów spraw zagranicznych krajów Trójkąta Lubelskiego do władz białoruskich, oświadczeniu Przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP wraz ze swoimi odpowiednikami z państw nadbałtyckich czy inicjatywie Premiera Morawieckiego zwołania nadzwyczajnego szczytu UE.
Znalazły się w nich apele o powstrzymanie się władz białoruskich od użycia siły, poszanowaniu podstawowych praw człowieka, uwolnieniu aresztowanych protestujących, a nawet propozycja – jak to się mówi w języku dyplomacji – świadczenia dobrych usług.
To, że wybory na Białorusi po raz kolejny zostały ustawione jest faktem. Komisje wyborcze (choć część z nich publikuje prawdziwe wyniki) są zmuszane przez służby do podpisywania sfałszowanych protokołów. Jak to wygląda?
Do komisji przychodzi naczelnik rejonu i mówi, że wszyscy w okolicy policzyli głosy odpowiednio (na pierwszym miejscu Łukaszenka) i tylko ich komisja się wyróżnia. Sugeruje, że należy zamienić miejscami kandydatów, żeby nie było żadnych problemów.
Nie dziwi zatem reakcja Białorusinów, którzy tłumnie wychodzą na ulice. W tym roku przelała się narodowa czara goryczy. Po 26 latach mają dość Łukaszenki. Niektórzy pytają „skąd wiemy, że po obaleniu Łukaszenki będzie lepiej, a nie gorzej?”. Nie wiemy.
Natomiast wiemy jedno: nikt poza samymi Białorusinami nie ma prawa o tym decydować. A Białorusini właśnie zdecydowali, że chcą zmian. A rolą Polski jest im w tym pomóc. Bo w czym Białorusini są gorsi od Polaków, że – kiedy sami żyjemy w wolnym państwie – mamy odmawiać im wolności w imię tezy, iż dyktator u władzy jest lepszy?
Nie oznacza to jednak żadnych siłowych rozwiązań czy prób obalania rządu. Nie oznacza to także dotkliwych sankcji, bo te uderzą przede wszystkim w zwykłych mieszkańców Białorusi. Nie tędy droga. Rolą Polski jest pomoc w dialogu. Naszym zadaniem powinna być choćby próba mediacji pomiędzy Łukaszenką a opozycją oraz wypracowanie porozumienia.
Nie musimy robić tego w pojedynkę. Być może Litwa także będzie gotowa wspierać nas w tym niełatwym zadaniu. Dlaczego akurat Polska i Litwa? Ponieważ mamy wspólną historię. Przez setki lat żyliśmy w jednym kraju.
My po 1989 „powróciliśmy do Europy”. Białorusi wciąż jest daleko do takiej pozycji. Jednak Partnerstwo Wschodnie UE, zainaugurowane ponad 10 lat temu, dzięki inicjatywie Polski, ma wspierać m.in. właśnie Białoruś. Silne proeuropejskie aspiracje u naszego wschodniego sąsiada leżą w naszym interesie.
Dlatego musimy teraz działać. Stanowcze pacyfikacje obecnych protestów w wykonaniu białoruskich władz mogą oznaczać zerwanie dialogu z UE i USA, co osłabi pozycję Białorusi względem Rosji, ograniczy białoruską niezależność, a w konsekwencji stanie się dla Polski większym zagrożeniem.